Witam wszystkich czytających, jestem Przemek lat........ dużo, w kwietniu razem z kolegą Wojtkiem postanowiliśmy pojechać na 3 dni do Czech.
1 Dzień 29.04.2017 Z Zielonej Góry ruszyłem samotnie, gdyż kolega Wojtek mieszka w........... Świętochłowicach na Górnym Śląsku i od 5 rano już jechał w strone Żagania a dokładnie do miejscowości Chichy gdzie nocowaliśmy. Ja ruszyłem po 12tej, przy powiedzmy jeszcze w miarę pogodzie bo pózniej padało trochę. Jechałem na Kiełpin, Jarogniewice, Radwanów itd
Chotków Padało już w Kiełpinie, no ale dopiero za Wichowem mnie złapała ulewa i musiałem się schować pod dachem w miejscowości Chotków, po około 20 minutach deszcz zelżał, ale i tak założyłem folie na bucisze bo mi woda chlapała na te że bucisze, no więc ruszyłem dalej, długaśny ten Chotków no ale fajno się jechało, przeciąłem drogę Stypułów- Jelenin i spokojną traską jechałem na Siecieborzyce też długaśna wioska i na Witków. W Witkowie był fajny pałacyk, ale nie stawałem, na liczniku już 70km prawie, wiało lekko z boku i pod wiatr
Minąłem Witków i mknąłem na Janowiec i tu dziwnie bo był znak Chichy pózniej Janowiec i znów Chichy, zdębiałem! Szukałem tego gospodarstwa agroturystycznego no i znalazłem, normalna fajna chałupa kolor elewacji żółty, miła pani też, 40zł zabuliłem no i stówka pyknięta, mogłem się rozpakować.
Była nawet Czeska Tv i Węgierska Poszedłem się umyć, przebrałem się w ciuchy nie rowerowe, zjadłem wypiłem czaju no i postanowiłem się przejść po okolicy i do sklepu, okolica pikna, zielono fajnie, stąd do Szprotawy z 6km do Małomic 8, zrobiłem zakupy, trochu pospacerowałem i wróciłem do bazy, obejrzałem tv, poczytałem gazety lokalne i tak czas leciał była 15, 16, 17ta 19ta a Wojtek jechał................ pociągiem bo wiatr mu dał popalić, koło 21 był już w Malomicach i pózniej już w miejscu noclegu. Kolega bardzo spoko, częstował, pogadaliśmy długo i około 23ej zasnąłem
Dzień 2 - 30.04.2017 Wstałem koło 6tej, wyjrzałem za okno, pogoda super tylko że................ zimno brr, zjedliśmy śniadanie, przebraliśmy się i po 7mej ruszyliśmy na Żagań główną drogą, niezbyt ruchliwą o dziwo, na początku było zimno jednak póżniej spoko loko było
W Żaganiu nie pchaliśmy się główną drogą w centrum tylko przy pałacu na spokojnie, wspólna fota i jadymy dalej na Iłowę Zagańską, ale jak na złość jeszcze w Żaganiu łapie kapcia, szkło było w oponie, szybko i sprawnie reperuje i jadymy dalej, droga jak na razie równa i jedzie się jak przedzkolak zjeżdżający ze ślizgawki. W Iłowej remont drogi i swiatła regulują ruchem, my stoimy i stoimy a światło się nie zmienia, to ruszamy, chrzanić to i zajeżdżamy pod Biedronkę po jedzenie i picie, u mnie jogurt oczywiście być musi, chwile postaliśmy i jadymy, najpierw do parku ,ale mało co kwitło tam, jednak park ładny
Po zwiedzaniu jadymy na Ruszów i Jagodzin, droga coraz gorsza a do tego trochę pod wiatr, jednak my twarde chłopy to jadymy, za Ruszowem zaczynają się Bory Dolnośląskie i tak się ciągną aż do Węglińca. Przed Węglińcem krótki postój przy takiej wiacie, a koło niej pełno śmieci, Polacy brudasy zostawili. Po około 20 minutach ruszamy dalej na Czerwoną Wodę i Godzieszów i na Lubań, zaczyna się krajobraz górzysty i oczywisty, jednak na razie bez wymagających wspinaczek, po około 6km byłiśmy w Lubaniu.
Lubań- baszta. Koło baszty w Lubaniu jakiś pijaczek chciał mi okulary sprzedać, jednak nie ze mną te numery bo............... udałem Włocha i poszedł dalej na swoich przeszczepach, a my teraz kierowaliśmy się na Leśną, było nawet z górki i robiło się coraz cieplej więc trza było pozbywać się długich łachów. Krajobraz już pagórkowaty no i po drodze co chwila przejazdy, nieczynej chyba linii kolejowej, naliczyłem z 8.
W Leśnej staneliśmy przy Biedronce, aby kupić conieco żeby w Czechach odrazu nie tracić koron, znów musiałem się rozebrać tym razem długie galoty, no i mogliśmy ruszyć dalej, Czechy już za 5km, w Miłoszowie krótka przerwa na zdjęcia.
Ja okolice już znałem gdyż jechałem tu już z 2 razy i nawet nocowałem w Miłoszowie za 40zł w wygodnym łożu, minus to przepalona żarówka w toalecie, no ale pan ze średniowiecza myć się nie musi, wystarczy dobre jadło.......................................... Żart!. Przekroczyliśmy Hranicę i byliśmy w Czechach w miejscowości Srbska, mała miejscowość, ładnie położona, tu był lekki podjazd i za wioską również, wszędzie zielono do tego pikna pogoda, lekko wiało, mineliśmy duży wiatrak i jechaliśmy na Horni i Dolni Rasnice
Zjazd do Dolni Rasnice Tak mineliśmy te Rasnice i po chwili bo zjazdami, drogą krajową byliśmy we Frydlancie, ale nie zwiedzaliśmy, tylko od razu hop siup mineliśmy mesto i na Albrechtice, nieco obawiałem się tych serpentynek, ale nie było zle, kolega Wojtek jechał spokojnie a ja nawet chciałem przyspieszyć, jednak nie było sensu i powoli wdrapali się my jak kot na drapak, a w Albrechticach łodpoczynek na zastavce, czyli przystanku.......... zaniedbanym blle.
Po odpoczynku i najedzeniu się mogliśmy jechać dalej, ale nie na Liberec tylko na Chrastavę, najpierw lekki podjazd a pózniej hulaj dusza w dół, mega zjazdem aż do połowy Chrastavy. Tutaj też nie stawaliśmy tylko ruszyliśmy dalej na Krystofovo Udoli, piękna miejscowość gdzie można jechać albo pod górę lub w dół, my mieliśmy tą pierwszą opcje, Wojtas jechał spokojnie a ja pognałem do góry, robiąc focisze, bo były fajne chaty zabytkowe i wiadukt kolejowy
Za wioską na szczycie podjazdu, poczekałem na Wojtka
Po kilkuminutowej przerwie, na przemycie się, bo gorąco było, trza było coś zjeść, czekał nasz suuuuper zjazd, do Kriżan, po nierównym asfalcie, po wjechaniu do wioski niczym zaczarowaną różdżką zrobiło sie płasko jak stół, do tego trochę wiało w plecy, teren ładny, nic tylko jechać, w nogach już ponad 130km, ale nie odczuwałem zanadto tych kilosów, teraz kierowaliśmy się na Straż pod Ralskiem, jednak nie zajeżdżaliśmy do miasta, tylko w prawo na Mimoń
Zamek Bezdev Do Mimonia droga różniasta, i trochę lasów i tak po kilku kilosach dojechaliśmy do miasteczka, tu nieco dłuższa przerwa na jedzenie i picie, słonko wciąż grzało.
Do Doksy już coraz bliżej, miejsca docelowego naszego drugiego noclegu, do którego zostało z 20km, za Mimoniem też same lasy i tak aż do Doksy, a po drodze fotka na zamek Bezdev, ładny prawda myli Państwo
Pora robiła się coraz pózniejsza a my jechaliśmy nie wiedząc czy będzie nocleg, no i po wjechaniu do miasta, najpierw po zakupy do penny markety i pózniej szukanie noclegu, co my się nakrążyli tam i naszukali, najpierw pojechaliśmy nad jezioro a tam cudowny zachód słonka o już pokazuje, widać?
😁😁
Napatrzyli się my i dalej szukamy, na jednym kemping zamknięty, dzwoniliśmy nikt nie odbierał, pojechaliśmy na inny to recepcja już nieczynna, pózniej inny kemping ludzie mówią że kawałek dalej jest, jadymy tam a tam pusto i głucho, tylko w barze się paliło światło to wchodza tam, pytam się o noclegi no i jest udało się, kemp jeszcze przed sezonem no ale dał nam klucze i za 130koron mamy spanie, a ja miałem 197km to musiałem do 200km, dokręcić, a na mapce wyszedł smok.
Było po 22ej, przebrałem się poszedłem się umyć no i mogłem coś zjeść, no i dobrze że miałem grzałkę do zagotowania wody, mój skarb na wyprawach, trochę pogadaliśmy i lulu, bo jutro będzie nieco cięższy dzień.
Dzień 3 1 maja 2017 Wstałem koło 6tej, wyjrzałem przez okno pogoda w miarę, słonko było, najbardziej mnie interesowało skąd wieje, po zobaczeniu stwierdziłem ze jest oki. Poszedłem się przemyć a jak wróciłem to coś zjadłem a pózniej wziąłem jakąś miskę i nalałem tam wody nastepnie zagrzałem sobie wodę w niej i pózniej moczyłem sobie nogi, siedząc na werandzie domku, suuper było. Kolega Wojtek się pakował no i ja też zacząłem i koło 8 ruszyliśmy, aha kemp był pusty żadnych gości nie było. Pojechaliśmy przez miasto, po którym wczoraj się nakręciliśmy jak szaleni, przy wyjezdzie z miasta, staneliśmy na chwilę by zobaczyć któredy na Tachov, byliśmy prawie w rejonie Kokorińsko, moim ulubionym terenie, cudowna natura i ten spokój. Wiało lekko z boku i dobrze, najpierw był lekki podjazd pózniej zjazd, w Tachovie zle kawałek pojechałem i zawrócilismy na dobra drogę czyli na Zdirec
Chwilke staneliśmy, Wojtek szukał drogi Za Tachovem już zaczęły się lasy i pola no i ruch znikomy, można było oddychać świeżym porannym powietrzem, tylko jedno ale..................... drogi miejscami kiepskie
Już 3 raz tu byłem
Pięna zieleń Teren zróżnicowany, lekkie podjazdy i fajowe zjazdy, za Zdirecem mineliśmy altanke z drewna gdzie w 2015 odpoczywałem sobie jadąc na Doksy
o tutaj siedziałem I tak leciały kilometry po pięknej krainie, w miejscowości Tuboż, były fajne domki szachulcowe i dodam że to nie żadne muzeum Etnograficzne, ludzie w nich mieszkają
Chciałbym w takiej chacie pomieszkać choćby na weekend, a jesienią musi tu być pięknie. Po około 5km byliśmy w Raju, dosłownie nie ma to tamto,
A nie mówiłem, u mnie droższe słowo od pieniędzy. Porobiliśmy foty i dalej było już płasko, było rano a kilkunastu rowerzystów nas mijało, w tym 6 takich i panie i panowie, pózniej ich trochę przewiozłem, ale o tym pózniej. W miejscowości harasov było jeziorko małe i tu też byłem już, tylko Wojtkowi chciałem pokazać to miejsce
Chyba bym się bał mieszkać pod skałami
Harasov, były hotel
Po około 10 minutowym postoju jechaliśmy na Melnik, to miasto znam na wylot, gdyż byłem tam 3 razy już, w miejscowości Lhotka, dogoniliśmy tych 6 rowerzystów no i ich wyprzedziliśmy, a oni za nami to ja zwiększyłem tempo do około 32 do 35km/h i trochę w tyle zostali, las się skończył i odezwał się wicher na szczęście sprzyjający. W mieście, zakupy w Lidlu, bo skurczyły się zapasy i pojechaliśmy na starówkę i na punkt widokowy, gdzie łączą sie Łaba z Wełtawą.
Super zjazd do miasta
Wiało tu niemiłosiernie, na szczęście dla nas korzystnie, Wojtek coś robił z rowerem a ja co mogłem robić?......... jeść, ha ha Po godzince ruszyliśmy na miejscowość Libechov a pózniej Steti
Pociąg nas nie zabrał
Steti w oddali Plus że wiało mocno w plecy, rewelacja, współczułem kolarzom którzy jechali na Melnik, powiedziałem tylko im Ahoj. Jechaliśmy wzdłuż Łaby,w Libechovie 12 % podjazd, wyrwałem do przodu, jadąc 17 do 18 na godz, na górze czekałem na Wojtasa... nawet fote mu cyknąłem
do Steti nie zajeżdżaliśmy, szare jakieś takie miasto, po paru kilometrach rzeka poszła w lewo a my pojechaliśmy na Radoun, a teraz zagadka jak się odjeżdża z terenu rzeki w terenie górzystym to co jest?........... Hopki! Litomierzyce omineliśmy, i czekały nas góreczki, największa hopka była za miejscowością Libesice, zanim tam dojechaliśmy to były i podjazdy i zjazdy różnej maści. Zrobiliśmy sobie przerwę nad pewnym stawem, ciepło się robiło, a po chwili chłodno bo mocno wiało, a byłem zgrzany
Stawik
W oddali zamek Hazmburk Tak jak pisałem za Libesicami, treściwy podjazd, nie długi, ale i nie krótki, dojechaliśmy do Trnobrany
Typowo Czeska wioska, hospody itd, mineliśmy ją i popyrkujemy na Srdov długim podjazdem z super widoczkami i na koncu podjazdu chwila przerwy
Przerwa przy szlabanie Po przerwie, szybki zjazd powyżej 40km/h do miejscowosci Srdov i od Srdov znów podjazd do Horni Vysoke, tu był tani kemping no ale pora jeszcze wczesna była, to już końcówka podjazdów tutaj bo od Loveckovic czekał nas mega zjazdowy raj, to uwielbiam, aż do samej Łaby zjazdy do Male Brezno- widoczki rewelacja!
Dotarliśmy do rzeki a tu niespodzianka, szła asfaltowa ścieżka do Decina z Usti nad Labem, coś pięknego. tam było poukładane bo patrząc w kierunku Decina to z 2 strony rzeki szły tory i tam jezdziły osobowe Vlaki, obok trasa szybkiego ruchu, my po scieżce a obok też tory dla towarowych Vlaków, tak ja myślę.
tak to można śmigać
Tunel dla Vlaków Po 12km dotarliśmy do Decina, tym razem na zameczek nie zajezdzalismy, tylko chwile do centrum i na większy zamek na fotkę
W Decinie również byłem trzeci raz i zawsze mi się tu podoba, pierwotnie mieliśmy tu nocować, no ale kemp w Vysoka Lipa będzie spokojniejszy. Z zamku kierowalismy sie na wyjazd z miasta na Hrensko wzdłuż rzeki, tym razem podjazdy w Janovie odpuściliśmy sobie, a tu droga lekko pofałdowana, kaniony skalne wzdłuż rzeki, cuuuudownie poprostu, ruch umiarkowany, po drodze był night club a wszystkie auta, okolo 4 na rejestracjach Niemieckich.
Jechało się fajnie, choć lekko podmęczony już byłem i tak po 10km dojechaliśmy do Hrenska nad którym górują skały i masa turystow również i też Niemców choć Poliacy też byli! zaszedłem do Tourist info po pamiątki, bardzo miła obsługa kobita i facet, po wyjściu zajechaliśmy do jakiegoś sklepu po jedzenie, ale gó.... tam mieli
Długo tu nie zabalowaliśmy, tu zaczynał się park Czeska Szwajcaria, chciałem Wojtkowi pokazać tą rzeke Kamenna z łodziami, ale mówił że tu wrócimy z kempingu.......... i nie wróciliśmy bo za pózno, a szkoda, ja już tam byłem, ale chciałem jemu pokazać. Droga prowadziła lekko pod górę, i czułem się jak na wyścigu kolarskim, pełno ludzi a tempo mieliśmy powyżej 20km/h i coś kolano mnie pobolewało, jednak jechałem i nie marudziłem. W Mezni Louka też był szlak do rzeki , łatwy i też nie zajechaliśmy, szkoda. Dalej droga również i pod górę i w dół, do Vysokiej Lipy pod górkę sporo, ale nie daleko, teren już tu znałem bo byłem 2 razy, od razu pojechaliśmy na kemping a tu połowa aut to Polacy!
Szukaliśmy recepcji bo ta na zewnątrz zamknięta, znalezliśmy na górze w restauracji, tani kemping jak barszcz, mogliśmy się zadekować, ja się umyłem i przebrałem, zjadłem coś i..................... pojechaliśmy nad ta rzekę, tyle że najtrudniejszym szlakiem, powiem że więcej było chodzenia niż jeżdzenia, były tam ruiny młyna, tak zwany Dolsky Mlyn.
Było ciężko Po kilometrach tak się nie zmęczyłem, jak wspinaczka z rowerem po tych schodach, trochę musiałem odsapnąć na górze na ławce, Wróciliśmy na kemping, tu poszedłem na lody do baru a pózniej siedzielismy w chatce, słuchałem radia i pogoda nazajutrz niezbyt optymistyczna, ale o tym przekonałem sie dokładnie, i tak minął wieczór i noc, na zewnątrz spokój, to lubię! Dzień 4- Ostatni 2 maj 2017 Wojtek wstał już przed 4tą rano, bo ruszał wcześniej do domu, trochę pogadaliśmy, na dworze kropiło pomyślałem że przejdzie, najgorsze było pózniej. Pożegnałem się z Wojtkiem, super kompan do jazdy, ja jeszcze pospałem do 6tej i też ruszyłem po najedzeniu się, na drodze spokój i czyste górskie powietrze, dotarłem do Jetrichovic, turystycznej wioski z górującą górą i chatką na skale,
Robiło się coraz bardziej pochmurnie, ale jeszcze nie padało, za Jetrichovicami podjazd, jakoś mocy przerobowych jeszcze nie dostałem i ciężko mi się wjeżdżało, w Rynarticach fotka kościółka
Za wioska super zjazd serpentynkami- 14%!!! zjazdu, szkoda że taki krótki ten zjazd, dojechałem do wsi Rybniste
Okolica bardzo piękna, teraz jechałem na Chribska, coś zaczynało pokropywać, jednak jeszcze nie lało, w Chribska męczący podjazd, z tyłu widok na góry, które żegnam już. No i zaczynało padać, miejscami lać, musiałem sobie na buty folie założyć bo z błotników mi woda leciała na buty, w Jiretin pod Jedlevou, zrobiłem zakupy, trochę się obkupiłem bo chciałem korony wydać, jednak sporo mi zostało, do tego skaleczyłem sie kapslem bo zle otworzyłem, wciąż lało. O mały włos bym zostawił aparat w sklepie w koszyku, jednak pewien facet wyszedł i mi dał, ale ulga! Mogłem ruszać dalej, założyłem kaptur no i jechałem, do przystanku
Tu znalazłem jakieś worki foliowe zielone, nałożyłem na buty i na kurtkę, trochę śmiesznie wyglądałem no ale, zawsze zabezpieczenie jakieś, minąłem Varnsdorf i przekroczyłem granicę i byłem w Niemczech
Kolejna przerwa na Haltestelle tym razem
Do Zittau tylko 9km, szybko minęly te kilosy, do deszczu już się przyzwyczaiłem, w Zittau zajechałem pod market.
Zrobiłem zakupy, stojąc przy kasie myślałem że ktoś mi rower zarypał a się okazało że leży na ziemi bo................ pies uwiązany przewrócił, na szczęście wszystko oki z rowerem, chwile z takim dziadkiem pogadałem ze dzis scheiss wetter i ruszyłem dalej, skarpetki mokre, postanowiłem zajechac do innego dyskontu i kupic 3 pary skarpet no i kupilem, pózniej pokręciłem się po mieście i ruszyłem na scieżkę Oder Neisse D.1, trochę mniej lało, jednak było ble
Kolejna przerwa
Szaro i buro Dalsza częśc trasy płaska jak stół, mijałem miejscowości Rosenthal oraz Hirschfelde, i kierowałem się na Ostritz, pod jednym z daszków przebrałem skarpety, od razu lepiej.
Dalsza traska oki, tylko że znów lunęło i schowałem się na przystanku, dobrze że był, z prawie godzinę musiałem czekać, no i ruszyłem na Ostritz i klasztor Marienthal, około 12km wzdłuż Nysy, lasem, coś fajnego
A z prawej stronie Polska, zero infrastruktury, żadnych ścieżek, sama dżungla. Doturlałem się do Ostritz
Pięknie tam Minąłem klasztor i teraz jazda na Leuba oraz Hagenwerder, no i zaczęło się przejaśniać, extra, w Hagenwerder stała maszyna kopalniana
Stąd do Gorlitz tylko 13km, po drodze mijałem duży zbiornik Berzdorfer See, jednak już tam byłem 2 razy, więc sobie odpuściłem tym razem. W Gorlitz już było słonko
Berzdorfer See.
Ze Zgorzelca do domu wracałem pociągiem, który ruszał po 15tej, a było po 14tej więc zdążyłem na styk, a Gorlitz podobne wielkością do Zgorzelca a tramwaje tam maja
Gorlitz
Zgorzelec
Równo na styk zdążyłem na pociąg, 5 minut może czekałem, i tak skończyła się majówkowa wyprawa, przejechane około 450km. Pozdrawiam wszystkich
Było po 22ej, przebrałem się poszedłem się umyć no i mogłem coś zjeść, no i dobrze że miałem grzałkę do zagotowania wody, mój skarb na wyprawach, trochę pogadaliśmy i lulu, bo jutro będzie nieco cięższy dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz